Trylogia Grisha, czyli solidne fundamenty

    Witajcie moliki! Dzisiaj, jak zapowiedziane, przychodzę do was z moimi przemyśleniami na temat trylogii Grisha. Wydaje mi się, że nie ma potrzeby rozdrabniać się i każdej części poświęcać osobną recenzję, gdyż problemy i zachwyty jakie mam z tymi książkami ciągną się właściwie przez całą trylogię. Zaczynajmy więc! Oczywiście wszystko bezspoilerowo.

~*~

Wydawnictwo: Papierowy Księżyc/MAG
Autor: Leigh Bardugo
Tematyka: Fantastyka


    Trylogia Grisha to pierwsze książki w tym fantastycznym uniwersum, jakie zaserwowała nam Leigh Bardugo. Świetnie wprowadzają nas w jej barwny świat, zakreślają jego granice i tłumaczą jak działa. Choć bohaterowie dużo podróżują, większość akcji toczy się w Ravce – państwie bazowanym na carskiej Rosji – gdyż to stamtąd pochodzą bohaterowie. Akcja rozpoczyna się, gdy siedemnastoletnia Alina odkrywa w sobie niezwykłą umiejętność, dawno poszukiwaną przez Darklinga, jednego z najważniejszych ludzi w kraju. Zostaje zabrana do stolicy, gdzie ma nauczyć się władać nową mocą i pomóc pozbyć się Fałdy Cienia – połaci nienaturalnego mroku, która setki lat temu rozerwała Ravkę na pół. Jednak podczas swojego pobytu w pałacu odkrywa mroczny sekret Darklinga i chcąc go powstrzymać, rozpoczyna serię wydarzeń, na jakie nikt nie był gotowy.
    Przyznać muszę, że świat wykreowany przez autorkę to jeden z moich ulubionych elementów jej książek. Jest po prostu niesamowity! System magii – czy też raczej Małej Nauki, jak jest to tutaj nazywane – i tak zwani Grishowie, którzy nią władają, choć nie są niesamowicie odkrywcze, to w połączeniu z interesującymi kulturami państw w krainie Bardugo, tworzą coś o czym naprawdę chce się czytać. Dzięki temu książki te pochłaniałam dużo przyjemniej. To właśnie świat przedstawiony sprawiał, że mimo irytujących mnie paru elementów fabuły, nawet nie myślałam, by trylogię porzuć. Bo właśnie, fabuła... Czuć, że powstała w latach 2012-2014. I już rozwijam, o co mi chodzi. O przewidywalność.


    CIEŃ I KOŚĆ (ang. Shadow and Bone)

    Pierwszy tom, „Cień i kość”, zaczął się dość typowo i nieskomplikowanie. Nowy i oryginalny świat, młoda dziewczyna, która odkrywa w sobie niezwykłą moc i uczy się jej używać, powoli staje się coraz silniejsza, aż będzie w stanie stawić czoła swojemu przeznaczeniu. Książek o takim zarysie fabuły powstał ogrom, jednak w ostatnich latach coraz częściej autorzy bawią się schematami, wywracają je o sto osiemdziesiąt stopni i wprowadzają niespodziewane zwroty akcji. Trylogia Grisha jednak była jedną z pierwszych tego typu serii, była jedną z tych, która ustalała co stanie się schematem. Na moje nieszczęście, sięgnęłam po nią osiem lat później, kiedy już dobrze to wszystko znałam i wielokrotnie już czytałam bądź oglądałam w innych dziełach. Podejrzewam, że gdybym zapoznała się z nią chwilę po wydaniu, spodobałaby mi się dużo bardziej. Mając to na uwadze, nie mogę oceniać jej zbyt surowo za to, że dobrze przewidziałam co się wydarzy, jak się co potoczy, kto okaże się "tym złym". Ale właśnie... ten zły. Mógł być asem w rękawie Bardugo, bo jest jednym z najbardziej intrygujących czarnych charakterów z jakimi kiedykolwiek się spotkałam. Był najjaśniejszą gwiazdą tego tomu, a mógł być i całej trylogii, gdyby tylko było go trochę więcej... Do Darklinga jednak przejdziemy później, bo zasługuje przynajmniej na osobny akapit.

OBLĘŻENIE I NAWAŁNICA (ang. Siege and Storm)

    Drugi tom, „Oblężenie i nawałnica”, szybko przedstawia nam nowego bohatera. Jednego z ulubieńców zarówno autorki, jak i czytelników. Nikolai zachwyca już od pierwszej sceny z nim, wprowadza powiew świeżości i... w gruncie rzeczy jest jedynym, co sprawia, że ta część trylogii nie jest jedną z najsłabszych książek w historii. Bo jak się nad tym zastanowić, nie dzieje się tu nic. Aż do końcówki i wielkiej bitwy mamy dokładną powtórkę z pierwszego tomu. Dzieje się tutaj dokładnie to samo, tylko mniej i nudniej, a poczynań głównej bohaterki dogląda inny love interest. Chyba właśnie przez to najwięcej swoich problemów z trylogią zaczęłam zauważać w tej części. 
    Nikolai na swoich barkach dźwiga całą tę książkę i robi to tak dobrze, że zauważa się to dopiero po skończeniu jej. Jest zdecydowanie najmocniejszym ogniwem „Oblężenia i nawałnicy”, dzięki niemu nie wynudziłam się i żałuję, że nie zagłębiliśmy się w jego postać bardziej, bo mógł być jeszcze ciekawszy.

ZNISZCZENIE I ODNOWA (ang. Ruin and Rising)
    
    Trzeci tom, „Zniszczenie i odnowa”, budził u mnie największe nadzieje. Poprzednia część skończyła się z przytupem, zapowiadała coś naprawdę porywającego i ekscytującego. A jednak... zaserwowała nam nudny początek, przeciętny środek i rozczarowujące zakończenie. Tak niestety się czułam, czytając coś, co według mnie powinno zwalać z nóg, bo możliwości na to ta trylogia miała wiele. Finał nie zrobił na mnie najmniejszego wrażenia, wcale nie dlatego, że wiedziałam co się wydarzy, ale dlatego, że... po prostu nie był ani trochę klimatyczny. Był nijaki, a nawet posunęłabym się do stwierdzenia, że i głupi. I w taki sposób zamiast się zachwycić i przejąć, czułam się bardziej, jakbym już się poddała, była zmęczona tymi zmarnowanymi okazjami i gotowa po prostu skończyć historię Aliny i przejść do innych książek Bardugo. A jest to chyba najgorsze, co można odczuwać przy kończeniu książki.

    I nie zrozumcie mnie źle, bo zdaję sobie sprawę, że to co przed chwilą napisałam rzuca raczej pesymistyczne światło na te książki. Prawda, irytowałam się podczas tej lektury, ale ogółem czytało mi się naprawdę szybko i przyjemnie, bawiłam się dobrze i było sporo ciekawych elementów, głównie jedynie fabułę otaczających, ale jednak. Jest to dość dziwna sytuacja, gdzie choć więcej narzekam niż się zachwycam, to jednak książki polecam. Po prostu o tym, co boli, mówi się najlepiej i najgłośniej, a mnie zawsze najbardziej boli zmarnowany potencjał. Coś, na co oka przymknąć nie mogę, tak jak na przewidywalność spowodowaną tym, kiedy trylogia Grisha powstała. A zmarnowanego potencjału widzę tutaj więcej niż czegokolwiek innego...


ZMARNOWANY POTENCJAŁ
    Mogliście zauważyć, że niewiele do tej pory pisałam o głównej bohaterce, albo że parę razy stwierdziłam, że „ktoś mógł być”, „coś mogło być”, zamiast „jest”. Niestety nie użyłam tej formy przypadkowo, bo to właśnie tutaj pojawia się mój największy problem z trylogią Grisha. Zmarnowany potencjał. Zarówno bohaterów, jak i wątków fabularnych, jednak to ci pierwsi najbardziej nie dają mi spokoju. Bo bardzo często czytam książki dla postaci, to one są dla mnie najważniejsze. Zdarza się, że fabuła jest słaba i nieinteresująca, ale bohaterowie są tak niesamowici, że cokolwiek by się nie działo, dla nich będę kontynuować. Tutaj jednak... każdy jest jedno-dwu wymiarowy i bardziej ciekawiły mnie moje wyobrażenia kim mogliby być, a zwłaszcza Darkling. Jest tak intrygującą postacią! Te kilka informacji, jakie o nim dostaliśmy, tworzą taką otoczkę tajemnicy wokół niego, którą chce się odkrywać bardziej niż cokolwiek innego w tej serii! Jest jednym z najciekawiej zapowiadających się "złoli" z jakimi się kiedykolwiek spotkałam, tylko że właśnie – zapowiadających się. Bo jak na głównego antagonistę i postać, która kieruje losami całego państwa, jeśli nie świata, oraz motywacjami głównych bohaterów, było go... bardzo mało. Zdecydowanie za mało. Praktycznie to go nie ma, pojawia się w zaledwie kilku najczęściej bardzo krótkich scenach, podsyca tylko ciekawość czytelnika i ucieka, zanim będzie można rozwinąć go bardziej, zanim wydarzy się coś naprawdę interesującego. 
    Sytuacja z główną bohaterką ma się jednak nawet gorzej. Alina jest jedną z najbardziej mdłych i nijakich głównych bohaterek, z jakimi miałam wątpliwą przyjemność spędzać czas, a do tego głupią. Głupią, samolubną i nijaką. Mogła być naprawdę charyzmatyczną, kopiącą tyłki, silną kobietą, która pokazałaby światu co to znaczy być wybrańcem. A za to kompletnie nie rozumiem i nie czuję jej decyzji, jej motywacji... Nie mam pojęcia dlaczego robi to, co robi, poza tym, że ktoś musiał, żeby jakaś fabuła powstała. Nie chcę jednak wdawać się w szczegóły o niej teraz, bo dla niej i innego bohatera – Mala – zaplanowałam cały osobny post. Muszę dać upust swojej złości, bo do dziś, dwa miesiące po skończeniu trylogii, podnosi mi się ciśnienie jak o nich myślę.


   Kolejną ważniejszą i w sumie najbardziej wyróżniającą się postacią jest Nikolai. Widać, że najlepiej się go Leigh pisało, ale mimo to wciąż nie reprezentuje sobą zbyt wielu cech. On co prawda dostaje później swój cykl i liczę, że tam naprawdę rozwinie skrzydła (tak w sumie to już wiem, ale jeszcze wam nie powiem), razem z resztą bohaterów, których od „Oblężenia i nawałnicy" pojawiło się więcej. Bo w trylogii tych drugo- i trzecioplanowych reprezentuje jedna cecha, żeby jakoś się od siebie odróżniali. Służą za zwykłe narzędzia, nie za bohaterów, przez co zabicie w finale jednego z nich nie zrobiło na mnie wrażenia, bo wiedziałam, że jeśli pojawił się dopiero w ostatnim tomie, to jest tylko tanim mięsem armatnim. Bardziej mnie ta śmierć zirytowała swoją bezcelowością niż zasmuciła utratą ciekawego zarysu postaci.

    Z fabułą sytuacja ma się dość podobnie. Była mocno przewidywalna, mimo że miała wiele okazji, by zrobić coś niespodziewanego, coś zaskakującego. O ile bardziej doceniłabym te książki, gdyby finał całości był taki jak w drugim tomie! Gdyby tak wyglądał ostateczny pojedynek tej dwójki bohaterów, gdyby skończyli tak, jak prawie skończyli – no coś świetnego by to było! I takich okazji w tej trylogii był ogrom, dlatego tyle na nią narzekam. Bo wiem, że mogła być dużo, duuużo lepsza, widzę w jakim kierunku mogła pójść i jak fenomenalna by wtedy była. A tak... jest zwykłym średniakiem, który czytało się przyjemnie, ale bez większego zaangażowania. Gdyby nie świat przedstawiony i tych dwóch bohaterów, nie wiem czy chciałoby mi się trylogię kończyć.


NIE TAKI VILLAIN ZŁY JAK GO MALUJĄ
    Moim innym problemem jest to, że nie jestem w stanie stanąć po stronie głównych bohaterów. Nie chcę ich nazwać protagonistami, bo według mnie robią więcej złego niż ten, z którym walczą. Nie tylko nie wierzę w ich motywacje, ale także cel ich działań. Być może tutaj większy problem leży we mnie, ale uważam, że plan Darklinga był lepszy i z chęcią będę dyskutować o tym z każdym. Dlaczego tak uważam? Może ktoś się zdziwi, bo często nawet fani tego bohatera uważają, że prawdziwy był z niego villain. Ale tak, według mnie to, co on chciał zrobić, byłoby lepsze niż alternatywa. Przede wszystkim dlatego, że zginęłoby o wiele mniej ludzi. Swoim planem dałby koniec niekończącym się wojnom, zaprowadziłby pokój, a na dodatek Grishowie i ludzie w końcu byliby sobie równi, nikt nie zniewalałby władców Małej Nauki, nie mordował z barbarzyńskich przekonań, nie prowadził na nich eksperymentów wbrew woli. Darkling nie chciał zniszczyć świata, chciał go zmienić na lepsze. 


    Jego metody faktycznie nie były idealne, ale zdecydowanie lepsze od wojny. Bo to, o czym wszyscy w tej trylogii zdają się zapominać, to że wojny to nie tylko ludzie zabijający się na polach bitew. To napady na wioski, grabieże, gwałty i mordy na cywilach – zbrodnie wojenne są różne i dużo okrutniejsze niż większość jest sobie w stanie wyobrazić. I dziwi mnie, że autorka nie wspomina o tym, co w państwie podczas wojny (a nawet kilku wojen prowadzonych na raz) się dzieje, bo nie zdaje się mieć problemu z takimi tematami (najlepszym przykładem będzie choćby postać Genyi). Może nie miała wystarczającej na ten temat wiedzy, może nie chciała wchodzić w szczegóły, ale w moim przypadku sprawia to, że nie jestem w stanie opowiedzieć się za Aliną, ani uwierzyć w jej motywacje, bo te nie wydają się wykraczać poza imperatyw narracyjny. 
    Często zadaję też sobie pytanie co by było, gdyby odwrócić perspektywy. Gdybyśmy czytali tę historię opowiadaną przez Darklinga. Jakie poglądy wtedy mieliby czytelnicy? Na podstawie „Szóstki wron” myślę, że w takiej sytuacji każdy okrzyknąłby Alinę jako tę okropną. Od zawsze widzę w takich opowieściach obie strony medalu, jestem w stanie spojrzeć poza głowę bohatera-narratora – może dlatego tak często lubię czarne charaktery i miewam zagwozdki komu kibicować. Jednak w tym wypadku nie miałam problemów z wyborem, po czyjej stronie jestem. 


NIE MA TEGO ZŁEGO... 
    ... co by na dobre nie wyszło.
    Jak już wystarczająco wyżyłam się na tym, co mnie irytowało, w końcu mogę przejść do plusów. Mniej obszernie o nich będzie, choć w tym wypadku są one ważniejsze. Bo mimo tych momentów, gdy wywracałam podczas lektury oczami, bawiłam się dobrze. A nawet bardzo dobrze. Książki te napisane są lekko, przyjemnie i szybko się je pochłania, nawet nie zauważałam mijających mi nad powieściami godzin. Dzięki Nikolaiowi czas mi się nie dłużył, a każdy dialog z nim był czystą przyjemnością. To oddać autorce trzeba, kiedy naprawdę coś czuje, pisze jej się o danej rzeczy świetnie. Ogromnie podobało mi się, że główna bohaterka miała też czasem momenty, gdy wahała się czy faktycznie dobrze postępuje i czy przypadkiem Darkling nie ma racji – choć przez większość czasu mnie irytowała i koniec końców się z nią nie zgadzam, cieszyłam się, że autorka nie zrobiła jej w tej kwestii totalnie zaślepioną. Do tego wspomniany przeze mnie wcześniej wykreowany przez Bardugo świat, Nikolai, Darkling, no i nie wiem czy już wspominałam, Nikolai. 
    Czy warto jednak dla tych elementów czytać trylogię? Jak dla mnie tak, buduje świetne podstawy do dalszych książek osadzonych w Grishaverse i czytając je lepiej rozumiemy świat w jakim się znajdujemy i odnajdujemy mnóstwo smaczków ukrytych dla czytelników trylogii. 
    Jest to pozycja idealna dla osoby, która swoją przygodę z fantastyką dopiero zaczyna. Jeśli chcesz sięgnąć po raz pierwszy po książkę w takich klimatach – będzie świetnym wstępem do tego gatunku. Jeśli jednak już trochę w fantastyce siedzisz, przygotuj się na powtórkę z zapewne znanych ci historii. Ja sama mimo raz lepszych raz gorszych momentów, swoją przygodę z tym cyklem będę długo i miło wspominać, choć z lekkim ukłuciem ciekawości, jak by wyglądał, gdyby powstał kilka lat później, napisany przez bardziej już doświadczoną Bardugo...

~*~

A wy czytaliście już trylogię? Jak się podobała? Z chęcią usłyszę opinie innych na jej temat!
Miłego wieczoru i do następnego!

~Paula


Spam jednym autorem, czyli Maraton z Leigh Bardugo

    Witajcie w pierwszym „prawidłowym” poście po tak długiej przerwie! Dzisiaj chcę was wprowadzić i przygotować do kolejnych kilku postów, które obracać się będą wokół jednej autorki – Leigh Bardugo. Spędziłam z nią ostatnie dwa miesiące i muszę się podzielić swoimi przemyśleniami, bo sporo mi się ich nazbierało. Ale zacznijmy od początku...
    Lubując się w fantastyce o Bardugo słyszałam oczywiście już dawno, jednak jakoś nigdy nie spieszyło mi się do zapoznania się z jej twórczością. Aż do momentu, gdy usłyszałam o nadchodzącym serialu od Netflixa na podstawie jej książek z Grishaverse (o tym chwilę później), w którym jedną z głównych ról odgrywa Ben Barnes, należących do listy moich ulubionych aktorów. Tak więc nadeszła najwyższa pora sięgnąć po powieści Bardugo i w sumie żałuję, że nie zabrałam się za nie wcześniej!
    Na swoim bookstagramie zorganizowałam dwumiesięczny (trwający cały marzec i kwiecień) maraton z książkami Leigh, by zmotywować do czytania siebie i innych, jak ja, zawsze odkładających te książki na później. Założyłam sobie, że przeczytam całe Grishaverse oraz „Ninth House” – jej pierwszą książkę dla dorosłych. I z radością pochwalić się muszę, udało mi się! Jestem z siebie dumna, bo po raz pierwszy udało mi się wypełnić swój TBR. 

    No dobrze, ale co to jest to całe Grishaverse? Wyjaśnijmy więc sobie kilka terminów, których będę z pewnością używać, bo nimi łatwiej się posługiwać. 
    Leigh Bardugo na swoim koncie ma całkiem sporo książek, kilka mniej znanych i bardzo krótkich pozycji, które wydała dawno temu oraz już dużo popularniejsze tytuły, jak "Wonder Woman", "Ninth House" czy właśnie te wchodzące w skład Grishaverse. Grishaverse to kilka serii Bardugo, dziejących się w jednym świecie, a w jego skład wchodzi (obecnie) siedem książek. Serie te można teoretycznie czytać w dowolnej kolejności, ja jednak lubię iść za koleją, zwłaszcza, że wtedy wyłapuje się dużo smaczków, które dodają lekturze uroku. Poniżej mała ściąga ode mnie, jak Grishaverse czytać, bo można się w tym pogubić (zwłaszcza w tych zawiłościach jakie wystąpiły z polskimi tłumaczeniami);

I. Trylogia Grisha:
1. „Shadow and Bone” – „Cień i kość” (Papierowy Księżyc)/„Cień i kość” (Wydawnictwo MAG)
2. „Siege and Storm” – „Szturm i grom” (Papierowy Księżyc)/„Oblężenie i nawałnica” (Wydawnictwo MAG)
3. „Ruin and Rising” – „Ruina i rewolta” (Papierowy Księżyc)/„Zniszczenie i odnowa” (Wydawnictwo MAG)

II. Cykl Szóstki Wron:
4. „Six of Crows” – „Szóstka Wron” (Wydawnictwo MAG)
5. „Crooked Kingdom” – „Królestwo kanciarzy” (Wydawnictwo MAG)

III. Cykl Nikolaia:
6. „King of Scars” – „Król z bliznami” (Wydawnictwo MAG)
7. ???

IV. Dodatkowo:
• „The Language of Thorns” – „Język Cierni” (Wydawnictwo MAG) ← można przeczytać w dowolnym momencie, ale najlepiej po trylogii. 

Na arcie: Darkling, Alina i Mal z trylogii Grisha

    Osobiście wszystkie książki Bardugo przeczytałam po angielsku, wydania są ładniejsze no i nie znoszę tłumaczenia imion, dlatego nie zdziwcie się jak będę używała innych form niż mogliście się spotkać u Wydawnictwa MAG. Dla mnie Darkling to Darkling, nie Zmrocz łóżko zmocz
    Słowem wstępu to chyba tyle... Bardziej będę rozpisywać się o konkretnych rzeczach pod konkretnymi postami. Mam też nadzieję, że nie zardzewiałam zbyt mocno i szybko się rozkręcę, by posty czytało się przyjemnie. Spodziewajcie się też w przyszłości więcej zdjęć, dzisiaj ich brakuje, bo byłoby ich więcej niż tekstu.
    A tymczasem życzę wam miłego wieczoru i do następnego!

~Paula
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...