„Język Cierni”, czyli prawdziwa magia

Wydawnictwo: MAG
Autor: Leigh Bardugo
Tematyka: Fantastyka
Tytuł oryginalny: The Language of Thorns

    Zastanawiałam się długo czy pisać post o „Języku Cierni”, jednak jeśli wrzucam parę słów o wszystkich książkach Bardugo, jakie udało mi się przeczytać podczas maratonu, to i ona na to zasługuje. Choć będzie to zapewne jedna z najkrótszych pseudo-recenzji, jakie kiedykolwiek tu wstawię. Dlaczego? Ponieważ trudno powiedzieć o tej książce wiele. Jest to zbiór opowiadań, a w sumie baśni, prosto z Grishaverse. Zawiera historie, jakie bohaterowie znanych nam cykli w tym uniwersum mogli usłyszeć za dziecka, tak jak my baśnie i bajki Hansa Christiana Andersena – jednego z autorów, jakimi inspirowała się w trakcie tworzenia tego tomiku Leigh. I są to historie wprost magiczne! Każda kolejna zachwycała mnie mocniej niż poprzednia, wciągając do tego świata i sprawiając, że zakochiwałam się w nim bardziej i bardziej.
    Mówiąc o tej książce, trudno też nie wspomnieć o tym, jak wydana została. Jest piękna! I to nie tylko na zewnątrz; poza bogato zdobioną okładką, każda strona „Języka Cierni” zawiera fantastyczne ilustracje. I choć pewnie, najważniejsza jest treść, nie oszukujmy się, takie wydania zawsze się ceni. Przyciągają nas, książkoholików, jak światło ćmy.
    Oba te elementy sprawiają, że „Język Cierni” jest tytułem – powtórzę się – po prostu magicznym. Nie ma na to lepszego słowa. Czytając wręcz czułam magię wylewającą się ze stron. Jest to pozycja świetna i klimatyczna jak mało co. Czy podobałaby mi się tak bardzo gdybym nie znała wcześniej trylogii Grisha? Zapewne nie, ale przecież jest to dodatek do tego uniwersum i jak dla mnie spełnia swoje zadanie wyśmienicie. Jeśli zastanawiacie się nad jego kupnem... nie zastanawiajcie, kupujcie! Zakupu tego cudeńka nie będziecie żałować!




MINI SEKCJA SPOILEROWA
    Jest jedna rzecz, o którą muszę spytać innych, którzy już tę książkę przeczytali. Czy wam też się wydaje, że w ostatnim opowiadaniu, tym uczniem jest Darkling? Ja nie mam wątpliwości. Począwszy na opisie jego wyglądu i głosu – identycznym jak w każdej książce w której Darkling się pojawia, w sposób, w jaki tylko on był opisywany – na opowiedzianej historii o matce głównej bohaterki opowiadania kończąc. Jestem pewna, że nie tylko był to Darkling, ale Ulla jest jego siostrą. Nie mogę z Bardugo, co książka sprawia, że ten bohater jest dla mnie jeszcze bardziej intrygujący i chciałabym poczytać o nim więcej... On zasługiwałby na własną serię! Tyle historii można by stworzyć z jego udziałem...


~*~

I to by było na tyle tej króciutkiej notki o „Języku Cierni”. Jak wspomniałam na początku, ciężko coś więcej o niej powiedzieć. Czytaliście może? Co sami myślicie o tej książce?
Miłego i do następnej!

~Paula

„Król z bliznami”, czyli efekt bumerangu w Grishaverse

Wydawnictwo: MAG
Autor: Leigh Bardugo
Tematyka: Fantastyka
Tytuł oryginalny: King of Scars

    Po fenomenalnym „Królestwie Kanciarzy” liczyłam, że „Król z bliznami” zachwyci mnie na podobnym poziomie, zwłaszcza, że jego głównym bohaterem ma być Nikolai – mój ulubiony bohater z trylogii Grisha. A jednak się zawiodłam... zawiodłam i to mocno. Zanim przejdziemy do recenzji ostrzegam, że znajdą się w niej potężne spoilery do poprzednich książek z Grishaverse, bo inaczej nie da się omawiać tej książki. 
     I już nie przedłużając, zaczynajmy!

    Akcja pierwszego tomu duologii o Nikolaiu, czyli „Króla z bliznami”, rozpoczyna się trzy lata po zakończeniu wydarzeń ze „Zniszczenia i odnowy”, a skupia się wokół młodego króla i jego problemów z odbudową i zarządzaniem państwem wyniszczonym przez wojnę domową. A przynajmniej tak książka jest zapowiadana, bo końcowo dość mocno odbiega od tego zarysu. 


WYJĄTKOWA MOC, WYJĄTKOWA NUDA

     Od początku mamy dwa główne wątki; wątek Nikolaia i jego poczynań w Ravce, oraz wątek Niny – jednej z głównych postaci „Szóstki Wron” – i jej misji we wrogim kraju Fjerdy. I tak naprawdę ten drugi ciąg fabularny jest w tej książce kompletnie niepotrzebny. W żaden sposób nie wpływa na to, co dzieje się z królem, a tylko przeciąga akcję, na dodatek nie prezentując sobą za wiele. Pobieżnie stara się opowiedzieć jakąś historię, przez co wypada blado w każdym aspekcie; ani nie skupia się na tych nowych sprawach, ani nie rozwija bohaterki i konsekwencji wydarzeń z poprzedniej duologii uniwersum. Wychodzi przez to coś bardzo prostego i zwyczajnie... nijakiego. Rozdziały Niny mogłyby być naprawdę intrygujące, gdyby dano im osobną powieść i mocno się w nie zagłębiono. Jeśli zamiast kilku rozdziałów dostalibyśmy całą książkę, wszystko można by rozwinąć i stworzyć oryginalne i bardzo ciekawe dzieło. A tak spędzamy trzy rozdziały na wysłuchiwaniu biadolenia o stracie bliskiej osoby po pięć razy na jednej stronie, po czym tuż po pogrzebaniu jej Nina praktycznie zapomina o wszystkim i zaraz znajduje nowy love interest, by błyskawicznie uporać się z dość skomplikowanym problemem, dla którego tam przyjechała. Kompletnie też pomijany jest wątek jej zmienionej przez jurda parem mocy, umiejętności unikalnej, której nie ma nikt inny. Och jak ja liczyłam na to, że zobaczymy więcej Niny testującej swoje nowe granice i sprawdzającej co jest w stanie zrobić... Nie wiem jak was, ale mnie drażni to ogromnie, bo po raz kolejny jest to zmarnowanie potencjału na naprawdę niesamowitą książkę, tym razem szpiegowską. A do tego zwyczajnie nudzi, przerywając co chwilę wątek Nikolaia, który też na tym niepotrzebnym hamowaniu cierpi.


MAŁO KRÓLA JAK NA KSIĄŻKĘ O KRÓLU

     Wątek Nikolaia zapowiada się lepiej, poświęcamy na niego więcej czasu, możemy lepiej się na nim skupić, a jednak coś i tutaj nie gra. I to nawet kilka rzeczy. Tą, która bolała mnie najbardziej, była ta, na którą czekałam najmocniej. Chciałam zobaczyć jak nowy król poradzi sobie z rządzeniem państwem, zwłaszcza po tych wszystkich wstawkach w „Królestwie Kanciarzy”, a jednak gdy zaczęłam o tym czytać, miałam ochotę przestać. Nie mam problemu z tym, że bardzo mało jest tego wątku – nawet zaczęłam się cieszyć z tych braków! Dlaczego? Bo chyba nie zniosłabym więcej tak źle opisanej władzy monarchistycznej... Nie tak wygląda zarządzanie monarchicznym państwem, Leigh, nie tak... Nie rozumiem co się stało, że tak bardzo to tutaj nie wyszło, każda z poprzednich jej książek miała naprawdę porządny research, a z jakiegoś powodu tutaj są takie błędy, że aż musiałam czytać po parę razy by się upewnić, że dobrze widzę. Może to jest wina tego, że wychowałam się i uczyłam w kraju, gdzie średniowiecze miało miejsce i nacisk na historii jest na to dość mocno kładziony, a osobie ze Stanów może być trudno zrozumieć pewne zależności, jeśli nie wgłębi się wystarczająco mocno w skomplikowaną politykę królestw, ale aż raziło mnie kilka bezsensowności w zarządzaniu Ravką bądź nastroje wśród jej mieszkańców, jakie nigdy nie miałyby miejsca. Aż wybijało mnie to z czytania, musiałam się oderwać i ponarzekać samej sobie albo znajomym, jak bardzo głupie tam są fragmenty... Na szczęście jednak inny wątek odgrywał główne skrzypce w tej książce i to jego mogłam się trzymać, bo ten już wyszedł ciekawy i faktycznie mi się podobał. Aż do zakończenia.


     O ostatnich dwudziestu stronach wciąż niełatwo mi mówić i zebrać logicznie myśli. Bo jednocześnie jestem zachwycona i przerażona – po tym zakończeniu drugi tom będzie albo cudowny, albo tak okropny, jakich mało. Jestem zachwycona, bo uwielbiam tę postać, która niespodziewanie powróciła, zawsze miała według mnie ogromny potencjał i można z nią zrobić niesamowite rzeczy. A przerażona jestem, bo nie wiem, jak ma się teraz wszystko potoczyć, żeby było ciekawie i dobrze napisane. Wierzę w Bardugo, widziałam co potrafi i aż do samego końca będę liczyć na coś naprawdę świetnego, ale obawy mam ogromne.

     Żeby tylko nie narzekać, pochwalić muszę to, co dzieje się z bohaterami. Choć w książce o Nikolaiu błyszczy tak naprawdę Zoya, byłam ogromnie zadowolona, bo lubiłam tę bohaterkę od samego początku. W trylogii traktowana była bardzo po macoszemu, chciałam więcej się o niej dowiedzieć i dostałam na co czekałam! Leigh porządnie rozwinęła tę bohaterkę, zagłębiła się w nią i sprawiła, że stała się jedną z ciekawszych postaci tego uniwersum. Dzięki temu nawet nie przeszkadzało mi to, że trochę jak na mój gust za mało poświęcono miejsca Nikolaiowi. On jednak ma cały kolejny tom na rozwinięcie skrzydeł, a pole do popisu będzie miał ogromne, bo wkopał się w niezły dół...

~*~

Czy ktoś jeszcze tutaj czytał „Króla z bliznami”? Mieliście takie same odczucia jak ja, czy może was książka zachwyciła? Chętnie posłucham waszych opinii!
Miłego i do następnej!

~Paula
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...